Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
NEWSY :
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Miliardy na metro w Krakowie? Prezydent Miszalski dzieli euro, minister przeciera oczy...

Krakowskie marzenia o podziemnej kolejce zaliczyły właśnie spektakularne zderzenie z brutalną, rządową rzeczywistością, dostarczając opinii publicznej historii niczym z politycznej komedii omyłek. Prezydent Krakowa, Aleksander Miszalski, z nieskrywanym entuzjazmem ogłosił w mediach społecznościowych, że rząd złożył wniosek o 10 miliardów euro z funduszy unijnych na budowę systemów metra w Polsce, co miało stanowić wiekopomny przełom dla grodu Kraka. Radość trwała jednak zaledwie kilka godzin, dopóki do wirtualnej dyskusji nie wkroczył wiceminister funduszy i polityki regionalnej, Jan Szyszko, który z rozbrajającą szczerością przyznał, że o rzekomych miliardach słyszy po raz pierwszy, a przecież dopiero co wrócił z negocjacji budżetowych w Brukseli. Jak się szybko okazało, optymistyczny wpis włodarza miasta był jedynie echem kuluarowych rozmów krakowskich parlamentarzystów, na których przy kawie i dobrych chęciach dyskutowano o wizjach, w których niestety zabrakło decyzyjnych ministrów zdolnych do wystawienia tak pokaźnego czeku.
Miliardy na metro w Krakowie? Prezydent Miszalski dzieli euro, minister przeciera oczy...
Podziel się
Oceń

Wielka unijna obietnica i szybkie zderzenie z rzeczywistością

Prezydent Krakowa, Aleksander Miszalski, postanowił podzielić się z mieszkańcami nowiną, która w jego ocenie miała całkowicie zrewolucjonizować lokalny transport i wprowadzić miasto w nową erę infrastrukturalną. Włodarz z pełnym przekonaniem poinformował, że polski rząd oficjalnie zadeklarował walkę o astronomiczne 10 miliardów euro, które w najbliższej perspektywie unijnej miałyby zostać przeznaczone wyłącznie na budowę systemów metra. Wpis ten natychmiast wywołał falę optymizmu, sugerując, że krakowskie podziemia po latach żmudnych analiz i snucia planów wreszcie doczekają się potężnego zastrzyku gotówki, a miasto zostało oficjalnie namaszczone jako kluczowy beneficjent państwowych inwestycji strategicznych.

Euforia w stolicy Małopolski została jednak błyskawicznie ugaszona przez Warszawę, a dokładniej przez urzędnika, który o unijnych pieniądzach powinien wiedzieć wszystko. Jan Szyszko, sekretarz stanu w Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej oraz główny polski negocjator w sprawach rewizji Krajowego Planu Odbudowy, odpowiedział na rewelacje prezydenta z elegancją godną najlepszych dyplomatów, choć z przekazem ostrym jak brzytwa. Komunikat wiceministra, który stwierdził, że pierwsze słyszy o takich ustaleniach, będąc świeżo po rozmowach budżetowych w europejskiej stolicy, udowodnił, że przepływ informacji na linii samorząd-rząd może przypominać głuchy telefon.

Brukselskie negocjacje a krakowskie marzenia o podziemiach

Wiceminister Szyszko postanowił wyłożyć sprawę w sposób łopatologiczny, rozwiewając wszelkie złudzenia o tym, że w korytarzach Komisji Europejskiej czekają już worki z pieniędzmi z napisem "na krakowskie metro". Przedstawiciel rządu stanowczo podkreślił, że Polska w nowym budżecie Unii Europejskiej walczy o znacznie większe środki na rozwój całego kraju, a nie tylko wybranych aglomeracji, ponieważ fundusze muszą również podnieść jakość życia w małych i średnich miastach. Z wypowiedzi głównego negocjatora jasno wynikało, że na obecnym, wczesnym etapie rozmów nie ma mowy o jakimkolwiek "znaczeniu" konkretnych funduszy na sprecyzowane inwestycje transportowe, a unijny budżet nie działa jak koncert życzeń.

Stanowisko Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej stanowiło potężny cios w wizerunkowy sukces ogłoszony przez krakowski magistrat. Oznacza to w praktyce, że nie istnieją żadne formalne deklaracje, zarezerwowane pule ani gwarancje opiewające na 10 miliardów euro, które miałyby spłynąć do polskich miast marzących o podziemnej kolei. Rząd w Brukseli negocjuje obecnie wyłącznie ogólne ramy finansowe, co sprawia, że krakowskie metro wciąż znajduje się w sferze pobożnych życzeń, a deklarowane przez lokalnych polityków kwoty wydają się na ten moment bytem równie mitycznym, co legendarny Smok Wawelski.

Kulisy politycznego spotkania, czyli kawa, ciastka i zero decyzji

Głębsze spojrzenie na sprawę pozwala zrozumieć, skąd wzięła się ta komunikacyjna katastrofa, która rozbawiła obserwatorów sceny politycznej. Źródłem przedwczesnego entuzjazmu prezydenta Miszalskiego okazało się pierwsze posiedzenie Parlamentarnego Zespołu ds. budowy metra w Krakowie, które zgromadziło głównie posłów Koalicji Obywatelskiej z regionu oraz wiceministrów odpowiedzialnych za infrastrukturę. To właśnie podczas tego sympatycznego zebrania, w atmosferze politycznego poklepywania się po plecach, dyskutowano o możliwościach pozyskania zewnętrznych środków na tę historyczną dla miasta inwestycję.

Problem polegał jednak na tym, że spotkanie miało charakter czysto roboczy i konsultacyjny, co w języku polityki oznacza mniej więcej tyle, że można na nim obiecać absolutnie wszystko, nie ponosząc za to żadnej odpowiedzialności. Na sali zabrakło bowiem premiera oraz konstytucyjnych członków Rady Ministrów z tekami finansów czy funduszy europejskich, czyli jedynych osób, których podpisy mają realne pokrycie w budżecie państwa. Tym samym prezydent Krakowa pomylił niezobowiązującą, polityczną burzę mózgów z twardymi negocjacjami unijnymi, dostarczając mediom doskonałej anegdoty o tym, jak łatwo zbudować metro na ekranie smartfona, zapominając przy tym zapytać o zdanie ministra, który trzyma klucze do państwowej kasy.

Więcej o autorze / autorach:

Napisz komentarz

Komentarze

WKRÓTCE W KINACH
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Dołącz do nas!
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama